środa, 16 grudnia 2020

ITSAY- seria pisana na miarę

Cześć,


Od ostatniego wpisu na tym blogu minęły ponad dwa lata. Nie miałam w planie tu wracać, blog nigdy nie cieszył się specjalnym zainteresowaniem i pisałam go głównie dla siebie. Kiedy przestałam odczuwać potrzebę pisania, przestałam po prostu pisać. Ostatnio natrafiłam jednak na serię, która zawładnęła moim sercem, wprowadziła mnie w stan, w jakim nie byłam od dawna i uznałam, że muszę o niej napisać parę słów i wyrzucić z siebie emocje, które mną targają. Mowa o tajskiej pięcioodcinkowej serii “I told sunset about you”. Od kilku tygodni nie mogę przestać o niej myśleć, stale ją analizuję, przeżywam każdy moment, wracam do ulubionych scen. Pozostałe serie, które oglądam już mnie tak nie cieszą, nagle przygasły w blasku ITSAY.
Dzisiejszy post dedykuję Uru, za to, jak mocno przeżywa ITSAY i  spamuje nim na swojej tablicy https://www.facebook.com/UruSunset nakręcając mnie na tę serię jeszcze bardziej.
Sam powrót na bloga zawdzięczam natomiast Karolinie i Joasi, które przyznały mi się niedawno, że kiedyś tego bloga czytały. To uświadomiło mi, że pomimo braku komentarzy jednak miałam tu jakichś czytelników. :D Dziękuję za tę świadomość. Być może dzięki niej tym razem uda mi się tu pozostać na dłużej.
Nie przedłużając jednak - posłuchajcie o tym dlaczego “I told sunset about you” jest tak wyjątkowe. Unikam w tekście spoilerów, (a przynajmniej takich, które mogłyby wpłynąć na odbiór serii) dlatego śmiało możecie go przeczytać nawet, jeśli nie widzieliście jeszcze serii. Mam nadzieję, że zachęcę Was do obejrzenia jej tak szybko, jak to możliwe. (Zuziu, a jeśli o Ciebie chodzi, bezwzględnie musisz to obejrzeć, nawet nie szukaj wymówek, nie masz wyjścia. :P )


ITSAY - Seria pisana na miarę


Zwykle kiedy powstaje serial, zaczyna się od scenariusza. Następnie wybiera się aktorów, którzy najlepiej wcielą się w daną postać. Na samym końcu, już po emisji serialu powstaje fandom. A co gdyby odwrócić tę kolejność? Tak było w przypadku “I told sunset about you”.
To seria, która miała fanów jeszcze zanim powstała. Została napisana na ich życzenie i na miarę aktorów wcielających się w główne postaci.
Oto jak do tego doszło:
We wrześniu i październiku 2019 roku w Tajlandii miała miejsce emisja serii “My Ambulance The series”. To bardzo lekki romans z wątkami komediowymi i fantasy. Obejrzałam go, ale w mojej opinii nie jest on wart szczególnej uwagi, jest bardzo naiwny. Na uwagę zasługuje tam natomiast wątek poboczny brata głównej bohaterki - Tew, oraz młodego lekarza Dao.
W rolę Tew wcielił się PP Krit Amnuaydechkorn, w rolę Dao Billkin Puttipong Assaratanakul. Udało im się odegrać niezwykłą chemię między bohaterami, niestety wątek Dao i Tew skończył się tragicznie zanim zdołał się na dobre rozkręcić. Mnóstwo widzów My Ambulance zaczęło shipować Billkina i PP Krita, twitter oszalał, pojawiły się tysiące wpisów z hasztagiem #BkPp. Pod wpływem fanów reżyser My Ambulance, Boss Naruebet Kuno, ogłosił w lutym 2020r, że powstanie nowa seria z Billkinem i PP Kritem w rolach głównych. Ponieważ wątek Dao i Tew zakończył się w sposób nie pozwalający na jego kontynuację, konieczne było stworzenie zupełnie nowej historii z nowymi bohaterami. Serię ogłoszono pod roboczym tytułem “BKPP: The series” i zapowiedziano na lipiec 2020. Najwyraźniej producenci serii postanowili kuć żelazo póki gorące i wypuścić serię nim emocje fanów Billkina i PP opadną. Z uwagi na sytuację epidemiologiczną z Tajlandii premierę przesunięto później na październik 2020, co z uwagi na ogrom przygotowań, których seria wymagała, nadal było trybem ekspresowym.
Pracą nad serią zajął się reżyser Boss Narubet Kuno oraz trójka młodych scenarzystów:  Goy Arachaporn Pokinpakorn, Kate Karakade Norasethaporn oraz Junior Naron Cherdsoongnern. Boss oraz Goy pracowali już z Billkinem i PP przy produkcji My Ambulance, więc doskonale znali możliwości tych aktorów. To sprawiło, że mogli w pełni wykorzystać ich potencjał jako aktorów pisząc dla nich serię na miarę, niczym skrojony na miarę garnitur. Podczas prac nad scenariuszem ITSAY reżyser kontaktował się z Billkinem i PP i pytał ich o ich doświadczenia z młodości oraz ich znajomość. Pisząc scenariusz wykorzystał wrodzone predyspozycje do rywalizacji Billkina i PP. Przeniósł do scenariusza fakt, że Billkin i PP nie przypadli sobie do gustu podczas pierwszego spotkania i nie polubili się. Wykorzystał również informację, że zwykle spotykali się na zajęciach dodatkowych i warsztatach.
Tym sposobem powstały postaci Teh oraz Oh-Aew, chłopców, którzy poznali się w dzieciństwie, ale ich drogi rozeszły się. Gdy spotkali się ponownie na zajęciach dodatkowych z języka chińskiego, zamiast przyjaźni łączyła ich już tylko rywalizacja. Byli wrogami, których łączył wspólny cel - miejsce na uczelni, o które musieli walczyć.



Na miarę miejsca


Podczas nagrań zza kulis serii reżyser wspomniał, że dojście do porozumienia ze scenarzystami w kwestii wyboru lokalizacji nie było proste. Część z nich chciała, by w miejscu tym znajdowały się góry, inni woleli morze. Część scen wymagała miejskiego klimatu. Ostatecznie padło na zjawiskowe Phuket, wyspiarskie, turystyczne miasto na południu Tajlandii, które ma dostęp zarówno do gór, morza jak i dysponuje prześlicznym starym miastem. Miejsce to w 2018 roku było dwunastym najczęściej odwiedzanym przez turystów miastem na świecie. Nie bez powodu.
W serii doskonale wykorzystano potencjał tej lokalizacji. Oglądając ITSAY widz ma szansę zachwycić się krajobrazami, które zapierają dech w piersiach, ale również obejrzeć miejscowe świątynie, stare miasto, a nawet rzucić okiem na niesamowity podwodny świat wokół wyspy. Wybrano naprawdę wdzięczną, ale również wymagającą lokalizację.

Źródło:https://m.weibo.cn/search?containerid=231522type%3D1%26t%3D10%26q%3D%23%E6%B3%B0%E5%89%A7%E4%B8%80%E5%BF%83%E4%B8%80%E8%AF%91%23&extparam=%23%E6%B3%B0%E5%89%A7%E4%B8%80%E5%BF%83%E4%B8%80%E8%AF%91%23&luicode=10000011&lfid=231522type%3D1%26amp%3Bt%3D10%26amp%3Bq%3D%23%E6%B3%B0%E5%9B%BD%E6%B5%81%E8%A1%8C%E9%9F%B3%E4%B9%90%23&featurecode=10

Phuket znajduje się na południu Tajlandii, miejscową ludność charakteryzuje specyficzny akcent i sposób mówienia nieco odmienny od mieszkańców Bangkoku. Wybór tego miasta wiązał się z koniecznością poznania przez reżysera miejscowej kultury i  dostosowania fabuły oraz dialogów. Było to również spore wyzwanie dla aktorów, którzy na potrzeby serii musieli nauczyć się południowotajskiego akcentu.
Tym, co mnie wyjątkowo urzekło jest fakt, z jakim szacunkiem reżyser przedstawił Phuket. W wielu tajskich seriach często spotykamy się z idealizowaniem Bangkoku i innych miejsc, w których toczy się akcja serii. Częstą tendencją jest ukrywanie mało przyjemnych i nieestetycznych aspektów danej lokalizacji i pokazywanie tylko tego, co jest piękne i atrakcyjne.
W “I told sunset about you” przedstawiono Phuket takim, jakie jest. Płoty są czasem zardzewiałe, sale lekcyjne skromne, ulice bywają nieco brudne, bohaterowie zamiast luksusowymi autami, poruszają się skuterem z przyczepą pełną kokosów. Tew i Oh-Aew są takimi samymi ludźmi, jak pozostali mieszkańcy Phuket. Nie zawsze stać ich na drogie bilety lotnicze, więc do Bangkoku podróżują wysłużonym autobusem, a że Phuket leży 840km od stolicy, droga ta zajmuje około 12 godzin i kończy się bólem pleców. Ich życie nie jest idealne, ale wciąż jest niesamowite. Phuket nie jest perfekcyjne, ale jego drobne wady tylko dodają mu ciepła i uroku.
Ukłonem reżysera w kierunku Phuket jest również imię jednego z głównych bohaterów. Oh-Aew jest nazwą lokalnego deseru przywiezionego do Tajlandii przez osadników z Chin.
Więcej na jego temat można przeczytać tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/O-aew
Sam deser pojawia się również w kilku ze scenach w serii.

Z dbałością o szczegóły


Równocześnie z serią, na profilu youtube wytwórni Nadao Bangkok, pojawiały się odcinki z nagraniami zza kulis powstawania serialu oraz wywiadami z aktorami i reżyserem. “The Documentary”, jak nazwano serię tych nagrań, pozwoliło fanom przyjrzeć się z bliska pracy nad ITSAY, oraz zauważyć jak dużo przygotowań wymagała seria, by dopiąć ją na ostatni guzik, oraz jak dużym wyzwaniem była dla całej ekipy pracującej nad nią.
Przed rozpoczęciem nagrań aktorzy wzięli udział w całym szeregu warsztatów aktorskich oraz musieli nabyć nowe umiejętności.
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie dwójka młodziutkich aktorów: czternastoletni Nobel Pitchanan Jiemsirikarn oraz trzynastoletni Pupa Inthanon Seangsiripaisarn. Wcielili się oni w postaci Teh (Nobel) oraz Oh-Aew (Pupa). Zadanie było trudne, ponieważ nie dość, że musieli oni zrozumieć uczucia bohaterów i odegrać je właściwie, dodatkowo musieli zrobić to w taki sposób, jak zagraliby to Billkin i PP. W mojej opinii szczególnie trudne zadanie miał Nobel. Billkin jest bardzo charakterystycznym aktorem, ma nietypowy sposób śmiania się oraz często robi unikalne miny, trudne do powtórzenia przez kogoś innego. Na nich po części polega jego urok, który wykorzystano w serii. Przed rozpoczęciem nagrań Nobel, Pupa, Billkin i PP brali udział w warsztatach, podczas których młodsi aktorzy uczyli się zachowań starszych i próbowali ich naśladować. Billkin uczył Nobela jak się śmiać, płakać, zachowywać jak on. Efekt jest niesamowity, oglądając sceny z dzieciństwa Teh i Oh-Aew można odnieść wrażenie, że rzeczywiście ogląda się dokładnie te same osoby kilka lat wcześniej. To zasługa nie tylko samych aktorów, ale również nauczycieli aktorstwa oraz samego reżysera, który podczas nagrań wykazywał się ogromną cierpliwością i wspierał aktorów. Podczas oglądania nagrań zza kulis można zaobserwować jak cierpliwie wyjaśnia ze spokojem młodym aktorom na czym polegają ich błędy, w jaki sposób powinni zagrać każdą scenę z osobna. Jestem przekonana, że seria jest tak wyjątkowa przede wszystkim dzięki wytrwałości i ogromnej wrażliwości jej reżysera.
Seria była ogromną próbą nie tylko dla młodzieży. Billkin i PP Krit, pomimo większego doświadczenia, również stanęli przed trudnym wyzwaniem. ITSAY wymagało od nich nabycia nowych umiejętności i zmierzenia się z rzeczami, których nie robili nigdy wcześniej.
Wspomniałam już o tym, że musieli oni nauczyć się południowotajskiego akcentu. To był jednak dopiero początek. Wiele scen wymagało dialogów po chińsku, w jednej ze scen Billkin śpiewa utwór z chińskiej opery. Odegranie tego wymagało od aktorów nie tylko wyuczenia kwestii, ale również lekcji tego języka. W serii Teh często prowadzi skuter. Co prawda część scen jest kręcona przy pomocy platformy zamontowanej na samochodzie, ale na potrzeby pozostałych, Billkin musiał nauczyć się prowadzić ten pojazd.
W jednym z odcinków bohaterowie nurkują i część scen jest kręcona pod wodą. Zarówno Billkin, jak i PP nigdy wcześniej nie nurkowali. Przed nagraniami musieli nauczyć się nurkować, najpierw z ekwipunkiem, później bez niego. Wymagało to zatrudnienia instruktora nurkowania i kolejnych lekcji. To naprawdę dużo zachodu dla kilku podwodnych scen, ale rezultat zdecydowanie jest tego wart.
Tym, co najbardziej mnie poruszyło, jeśli chodzi o poświęcenie i zaangażowanie aktorów, jest fakt, że podczas kręcenia ITSAY, PP Krit musiał zmierzyć się ze swoim strachem. Aktor boi się pływania w naturalnych zbiornikach, a ryby i koralowce wywołują u niego lęk. Podczas nagrań w wodzie był przerażony, ale musiał wiarygodnie zagrać osobę spokojną i zrelaksowaną. Sceny w wodzie są trudne, ponieważ nurt znosi czasami aktorów. Dlatego ujęcia często trzeba powtarzać. PP zachował pełen profesjonalizm wytrzymując napięcie tak długo i pozwalając ujść emocjom dopiero w chwili, gdy zakończono nagrania tych scen.
Serię obejrzałam dwa razy, pierwszy raz przed zobaczeniem nagrań zza kulis, drugi raz już po nich. Oglądanie scen w wodzie wywołuje u mnie ogromny podziw, odkąd wiem ile poświęcenia wymagały one od aktorów i całej ekipy filmowej.



Ze starannością:


ITSAY jest nie tylko dokładnie przygotowane, ale również nieprawdopodobnie umiejętnie nagrane. Seria jest zachwycająca nie tylko z uwagi na piękno lokalizacji, ale też pracę kamery.
Kadry są starannie przemyślane. Większość z nich charakteryzuje zachowanie miłej dla oka symetrii.


Pozostałe ujęcia często oparte są na złotym podziale znanym w fotografii, architekturze i szeroko pojętej sztuce od wieków. Już podczas oglądania serii po raz pierwszy zauważyłam, że kadry są niezwykle przyjemne dla oka i prawdopodobnie zachowano tu boskie proporcje.
Dla pewności nałożyłam siatkę złotego podziału i spiralę Fibonacciego na kilka screenshotów. To coś zupełnie nowego, jeśli chodzi o tajskie produkcje. Obejrzałam wiele serii BL i większość kadrów niestety jest nagrana dość niechlujnie. Często trudno nawet o to, by centralny element kadru znajdował się faktycznie w jego centrum. ITSAY nagrano jednak niemal z matematyczną precyzją.


Poza symetrią i boską proporcją, oglądając serię możemy zauważyć wiele kadrów nagranych z ciekawej, nietypowej perspektywy. To powoduje, że oglądając serię widz czuje się tak, jak gdyby kontemplował dzieło sztuki. Jednym z takich nietypowych ujęć jest to z drugiego odcinka, gdy możemy spojrzeć na leżącego a podłodze Oh-Aew z perspektywy Teh z górnego piętra mieszkania. Jest w tym ujęciu coś ujmującego i na swój sposób intymnego.

 


Kolejnym aspektem charakteryzującym sceny w ITSAY jest powtarzalność. Wiele ujęć powtarza się, z pozoru sytuacja jest ta sama, a jednak relacje między bohaterami są już inne, o czym świadczą nieznaczne szczegóły.
Kilkukrotnie obserwujemy Teh i Oh-Aew w podobnych sytuacjach: siedzących na dwóch końcach tej samej kanapy, pijących wodę z kokosa opierając się o płot, jedzących makaron na tym samym balkonie. Charakter tych scen i nastrój im towarzyszący jest inny, ale scena wydaje się na swój sposób znajoma.
Ludzie lubią powtarzalność, jest na ten temat wiele publikacji. Z tego też powodu sieci restauracji serwują wszędzie takie same potrawy, youtuberzy rozpoczynają swoje filmiki zawsze tym samym powitaniem, a my lubimy piosenki, które dobrze znamy. Ta powtarzalność scen wpływa na cieplejszy odbiór serii.


Z finezją:


W serii zastosowano bardzo bogatą symbolikę. Warto oglądać ją uważnie i zwracać uwagę na szczegóły. Planując ten post zamierzałam przeanalizować symbolikę zawartą w ITSAY, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że będzie to zbyt dużym spoilerem i może odebrać przyjemność z oglądania osobom, które jeszcze tej serii nie widziały.
Daruję więc sobie analizę wykorzystanych w serii symboli. Dam Wam jednak kilka wskazówek, na co warto uważać podczas oglądania, by czerpać z serii jeszcze więcej: zapach kokosa, fajerwerki, ocean, kwiat hibiskusa, deser oh-aew (galaretka z czerwonymi owocami). Zwróćcie również uwagę na pojawiające się w serii kolory symbolizujące bohaterów.  Czerwień jest kolorem Oh-Aew, niebieski symbolizuje Teh, a fioletowy Tarn.
Ciekawy jest również sam sposób, w jaki przygotowano opening do serii. W każdym z ujęć Teh i Oh-Aew są nieruchomi, kiedy tło i pozostałe postaci się poruszają. Oni dwoje jednak są zastygnięci i wpatrzeni w siebie, jak gdyby tylko dla ich dwojga cały świat zatrzymywał się, gdy patrzą sobie w oczy, mimo, że dla innych życie toczy się dalej. Nie sądzicie, że to wyjątkowo romantyczne?










O czym właściwie jest “I told sunset about you”?


Od dłuższego czasu zastanawiam się nad odpowiedzią na to pytanie. Po obejrzeniu serii nie potrafiłam odpowiedzieć, dziś mam swoją teorię.
Pozwolę sobie zacytować samą siebie i przytoczyć swój wpis na Facebooku, który opublikowałam zaraz po zakończeniu piątego odcinka. Wpis jest dość chaotyczny i nieprzemyślany, musicie mi to wybaczyć, ale pisałam go pod wpływem emocji wywołanych przez serię:

I told sunset about you- pewnego dnia napiszę jakąś uporządkowaną recenzję tej serii, ale nie dziś. Dziś wciąż nie mogę pozbierać myśli i nie wiem jak przeżyję do kolejnego sezonu w marcu.

Tylko 5 odcinków na vimeo raz w tygodniu.

5 tygodni ciągłego oczekiwania, stałego mętliku w głowie, nieustannego analizowania każdego odcinka w oczekiwaniu na kolejny i rewatchowania w kółko tego samego.

5 odcinków wzruszeń do łez, wstrzymywania w napięciu oddechu, złości, wspomnień i szczęścia. Oglądając to człowiek nagle przypomina sobie swoje własne miłości, wątpliwości, niepewność.

Nie potrafię nawet powiedzieć o czym jest ta seria. Czy o życiu w urokliwym Phuket, o przyjaźni,o miłości, o ambicjach, o zagubieniu,  czy o granicach, które sami sobie stawiamy. A moze o wszystkim po trochę? Albo życiu po prostu?

Potrafię powiedzieć tylko tyle: od lat żaden film, książka, serial nie poruszył mnie tak bardzo jak I told sunset about you. Wciąż drżą mi ręce z przejęcia, a to dopiero był pierwszy sezon.  Co będzie po drugim?

Te 5 odcinków to małe dzieło sztuki.

Więc jeśli ktokolwiek z Was się zastanawia nad tym, czy warto obejrzeć tę serię - tak, zdecydowanie warto!”

Seria porusza wiele tematów, przez co trudno jednoznacznie i zwięźle określić o czym jest. To, na co zwraca uwagę reżyser to fakt, że nie zamierzał on nakręcić serii LGBT, nie orientacja seksualna bohaterów jest jej głównym tematem. ITSAY opowiada o miłości. Miłości, która może się przytrafić każdemu, w każdej sytuacji. Bez względu na płeć, na status społeczny, na wcześniejsze relacje. Może połączyć obce osoby, przyjaciół, ale też osoby, które wcześniej uważały się za wrogów.
Myślę, że o tym właśnie jest I told sunset about you. O miłości. Nie pożądaniu, nie pragnieniu, nie rozwoju związku, odkrywaniu swojej seksualności, relacji bohaterów. Oczywiście seria zahacza o te tematy, ale jej głównym tematem jest miłość sama w sobie jako uczucie.
Seria koncentruje się na uczuciach i emocjach. Azjatyckie seriale BL stają się stopniowo coraz odważniejsze, pokazuje się w nich coraz więcej fizycznej bliskości, często właśnie na niej się skupiając. W ITSAY tej fizyczności jest niewiele, mimo to serię oglądałam z wypiekami na twarzy, a każdy kolejny odcinek włączałam drżącymi z przejęcia dłońmi.
ITSAY nie przedstawia bliskości fizycznej, ale jak żadna inna seria, którą dotąd oglądałam, doskonale obrazuje bliskość emocjonalną bohaterów. Oh-Aew i Teh łączy coś niezwykłego. Oddziałują na siebie wyjątkowo intensywnie, uwodzą wzajemnie, patrzą w oczy z niewypowiedzianą, głęboką potrzebą bliskości. Nie pozwalają sobie jednak na tę bliskość, co sprawia, że atmosfera z każdą chwilą staje się coraz bardziej napięta. Oglądając serię czułam się onieśmielona bardziej, niż oglądając sceny łóżkowe w innych produkcjach BL. Wiele scen na pierwszy rzut oka nie wydawała się w żaden sposób dwuznaczna, a jednak oglądając je wstrzymywałam oddech. Teh i Oh-Aew potrafią po prostu spacerować po plaży wpatrując się w siebie tak intensywnie, że wydaje się to być niestosowne.
Ta bliskość bohaterów często wyrażana jest bez słów, za pomocą samych spojrzeń, gestów, mimiki. Billkinowi i PP udało się wyrazić uczucia i emocje, których nie sposób ubrać w słowa. Mowa była więc tutaj zbędna.
Bliskość bohaterów często też wyrażano pomiędzy wierszami. Uważny słuchacz mógł ją wychwycić w prostych kwestiach. Na przykład w jednej ze scen Oh-Aew chcąc wiedzieć więcej o uczuciach Teh zadaje pytanie “Od kiedy?”. Nie pyta, czy Teh czuje to, co on. Nie pada “czy”, ponieważ bohaterowie są ze sobą na tyle blisko i znają się tak dobrze, by nie mieć wątpliwości co do uczuć drugiej strony. Wiedzą o sobie niemal wszystko, mają świadomość swoich wątpliwości i niepewności. Świadomość ta i szacunek do drugiej osoby sprawiają, że pomimo potrzeby fizycznej bliskości, żaden z bohaterów nie łamie postawionych między nimi barier.
Emocjonalną bliskość przedstawiono w drobnych detalach, jak sposób formułowania pytań czy wypowiedzi. To sprawia, że mam wrażenie, że serię przemyślano w najdrobniejszych szczegółach, znacznie staranniej niż jakąkolwiej seria BL którą dotąd oglądałam.

I Told Sunset About you w obrazach:


























Oficjalne linki:

Odcinek 1:
Odcinek 2:
Odcinek 3:
Odcinek 4:
Odcinek 5:

Źródła:
- I told sunset about you - https://vimeo.com/itoldsunsetaboutyou
- strona Nadao Bangkok na Facebooku (grafiki)
https://www.facebook.com/NadaoBangkok


czwartek, 1 lutego 2018

Becky Albertalli - Simon oraz inni Homo Sapiens

Cześć!  
 Po dość długiej przerwie wracam z kolejną recenzją - tym razem książki. Ostatnimi czasy sporo się w moim życiu działo. Skończyłam studia, mam dyplom licencjata, weszłam w nowy związek, przeprowadziłam się do Poznania, rozpoczęłam pracę. Na prowadzenie bloga nie bardzo miałam czas, ale to nie znaczy, że porzuciłam tematykę boys love. Trochę czytałam, oglądałam, mam Wam całkiem sporo do opowiedzenia. 
  Cieszę się, że nawet pod moją nieobecność rosła liczba polubień mojej strony na facebooku i komentarzy na blogu. To dało mi sporo motywacji, by napisać kolejny post.  
Dziś trochę o Simonie oraz innych homo sapiens


Zarys fabuły:  

  Szkolne życie nastolatków, choćby napisać o nim milion książek, nakręcić milion filmów i narysować milion komiksów, nadal będzie świetnym tematem. Nigdy się nie nudzi. Ten temat jest nam bliski, bo wszyscy byliśmy bądź jesteśmy nastolatkami. Łatwo nam się wczuć w sytuację i utożsamić z bohaterami. (Zakładam, że osoby młodsze niż ‘naście’ mają ciekawsze zajęcia niż czytanie blogów o tematyce boys love 😉)

Szesnastoletni Simon Spier ma całkiem udane życie: szczęśliwą rodzinę, przyjaciół, hobby. W szkole też jest całkiem ok. Ma jednak sekret, o którym nikt nie wie. Simon jest gejem. I chociaż jego rodzina ani znajomi nie wykazują żadnych homofobicznych skłonności, chociaż żyje w społeczeństwie, które powinno akceptować mniejszości seksualne, to na razie nie chce swojego sekretu ujawniać. Nikt o nim nie wie, dopóki Simon nie nawiązuje przez Internet kontaktu z tajemniczą osobą o pseudonimie Blue. Blue również jest nastolatkiem. O Simonie wie niewiele, tak samo jak Simon niewiele wie o Blue. Nie znają swoich imion, nie wiedzą jak wyglądają, wiedzą jednak że sporo ich łączy. Chodzą do tej samej szkoły, oboje są homoseksualistami i oboje jeszcze się nie ujawnili. Początkowo wymieniają się przyjacielskimi, pełnymi zrozumienia mailami. Z czasem ich relacja nabiera rumieńców. Świadomość, że tajemniczy Blue jest gdzieś blisko, że być może chłopcy mijają się dziesiątki razy na korytarzu nie wiedząc o tym, kim są, jest niezwykle ekscytująca. Im dłużej rozmawiają ze sobą, tym bardziej Simon chce poznać Blue. Jednocześnie tym więcej pojawia się różnego rodzaju obaw. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że ich maile przypadkowo znajduje Martin, klasowy śmieszek, który zaczyna Simona szantażować. Za utrzymanie sekretu w tajemnicy wymaga, by Simon zeswatał go ze swoją przyjaciółką. Ta niestety nie jest Martinem zainteresowana, co komplikuje sprawę.

Bohaterowie:

Simon- Wydawać by się mogło, że to przeciętny nastolatek. Niczym szczególnym się nie wyróżnia, a jednak w moim odczuciu znacznie różni się od nastolatków, których znam lub znałam osobiście. Simon to taki typ, którego trudno jest nie lubić. Jest przesympatyczny, zabawny i to, co mnie w nim najbardziej urzekło - pełen życia. Uwielbia Harry’ego Pottera i ciastka oreo. Jest ‘cool’, ale nie na siłę. Wychodzi mu to jakoś naturalnie. To taki typ, z którym sama kiedyś chciałabym się przyjaźnić, oglądać razem filmy (obowiązkowo Harry’ego Pottera i rzucać w siebie popcornem). Jest wyluzowany. Niespecjalnie się martwi swoimi problemami, raczej stara się sobie z nimi radzić. A jeśli są nie do rozwiązania, zamiast się załamywać, pozwala sprawom się po prostu toczyć. Cenię w nim również to, jaki jest troskliwy. Kiedy pada ofiarą szantażu, bardziej martwi się o Blue, niż o siebie samego.

Blue- Pierwszy fragment w książce, w którym pojawia się pseudonim Blue brzmi:
“Problem polega na tym, że to nie będzie fajne dla Blue - znaczy, jeśli Martin puści to dalej. Bo chodzi o to, że Blue jest dość skryty.” I zdecydowanie trzeba się z nim zgodzić. Blue jest bardzo tajemniczy. Niewiele o sobie mówi, jest ostrożny, uważa by nie zdradzić się szczegółami. Niewiele o nim wiemy, ale sprawia wrażenie bardzo wrażliwej i delikatnej osoby. Spokojnej, opanowanej, ciepłej. To trochę przeciwieństwo Simona, ale z jakiegoś powodu chłopcy świetnie się dogadują. Po części rozumiem dlaczego Simona tak wciągnęła znajomość z Blue. Jego maile są na swój sposób kojące.  


Nick, Lea, Abby- Przyjaciele Simona. Różnie między nimi bywa, jak to się zdarza w kręgu przyjaciół. Czasami się na siebie obrażają, jednak zwykle okazują sobie dużo wsparcia. Mimo zgrzytów widać, że są ze sobą mocno zżyci.

Martin- W każdej niemalże książce powinien być czarny charakter, prawda? Wydawać by się mogło, że Martin gra tutaj “tego niedobrego”. Ale jeśli zastanowić się głębiej nad jego postacią, można też po części zrozumieć jego zachowanie. Nie usprawiedliwić, ale zrozumieć. Martin jest takim trochę klasowym błaznem. Podkochuje się w Abby, ale dziewczyna nie daje mu żadnych szans. Jedyną szansę Martin widzi w Simonie i tym, by to on go z Abby zeswatał. Zaczyna go szantażować, a w końcu sprawy wymykają mu się spod kontroli. Martinowi brak dojrzałości, ale takie są chyba prawa tego wieku. 


Sposób przedstawienia historii:

Lekka powieść na niecałe 300 stron. Pisana głównie z perspektywy głównego bohatera - Simona, ale momentami mamy okazję przeczytać treść e-maili pomiędzy nim a Blue. Z jakiegoś powodu styl książki bardzo mi przypomina styl Johna Greena. Początkowo bardzo mi przypominała jego książkę “Will Grayson, Will Grayson”, ale to temat na osobny wpis.   Historia jest zabawna. Podczas czytania człowiek razem z Simonem zastanawia się kim jest Blue. Przeżywa się całą tą ekscytację z nim.




Dlaczego warto przeczytać „Simon oraz inni Homo Sapiens”?

To lekka, przyjemna, ale wciągająca książka. Opowiada z pozoru o błahych i przyziemnych sprawach, ale porusza poważne kwestie. Kwestie wolności drugiego człowieka, tolerancji i jej braku. Kwestię coming-out’u, która wcale nie jest taka prosta i która wprowadza nierówność między osobami homo- a heteroseksualnymi. Bo jak możemy mówić o równości dla homoseksualistów, skoro nawet w najbardziej tolerancyjnym społeczeństwie istnieje coś takiego jak coming-out?   Sam bohater doskonale to ujmuje w prostych słowach:

“To bardzo denerwujące, że heteroseksualizm jest orientacją domyślną (tak samo zresztą jak biały kolor skóry), a jedyni ludzie, którzy muszą myśleć o swojej tożsamości to ci, którzy do niej nie należą. Hetero też powinni mieć swój coming out, a im bardziej żenujący i wstydliwy, tym lepiej. Zakłopotanie powinno być elementem koniecznym.”

Dlaczego jeszcze warto po tę książkę sięgnąć? Ukazuje temat homoseksualizmu w przyzwoity sposób. Uczy tego, że miłość to miłość niezależnie od płci, koloru skóry, religii. Pokazuje, że nastoletni gej, to nastolatek jak każdy inny. Uczy, że homoseksualizm to nie zboczenie, tylko coś normalnego. 
Przypominając sobie cytaty w Internecie trafiłam na komentarz internautki @2dreamscometrue, którego fragment pozwolę sobie przytoczyć:
“(...)KOCHAM! Nie pójdę spać jeśli całej nie przeczytam! Dobrze, że moi rodzice nie wiedzą co czytam. Kolejne LGBT. Tak czy inaczej polecam i lecę dalej bawić się w Sherlocka i zgadywać z jakim chłopakiem pisze Simon…”
Widzimy tu dosyć istotny problem. Podejrzewam, że @2dreamscometrue jest młodą osobą. Wiele młodych osób interesuje się tematem LGBT i uważam, że to bardzo dobrze, jeśli trafiają właśnie na takie książki jak ta. Przykrym jest, że muszą to ukrywać. A tak nie powinno być. Wręcz przeciwnie. Należałoby zadbać o to, by młode osoby zainteresowane tematem trafiały właśnie na takie książki jak ta. Przekazujące jakieś wartości. Jest to zdecydowanie lepsze niż gdyby swoją wiedzę i opinię na temat LGBT opierały na książkach typu ‘Ai no kusabi” czy innych tego typu, sprowadzających homoseksualizm do samego seksu, często niemalże zwierzęcego, oraz do traktowania ludzi przedmiotowo. Niestety tego typu książki i opowiadania były najłatwiej dostępne, kiedy to ja zaczynałam interesować się tematem 8-9 lat temu. Dobrze, że czasy się zmieniają.


To, co Tygryski lubią najbardziej…

“Simon oraz inni Homo Sapiens” to niezwykle urocza powieść. Słodka jak kubek gorącej czekolady z minipiankami i ciasteczkiem Oreo. (Koniecznie oreo, w końcu to ulubione ciastka Simona). Są fragmenty, w których pojawiają się niegrzeczne myśli u bohaterów, w końcu to nastolatkowie z szalejącą burzą hormonów, ale na próżno szukać tu jakichś scen erotycznych. Niemniej są sceny, które sprawiają, że człowiek niemalże rozpływa się podczas czytania. Bardzo poruszające.


”Simon oraz inni Homo Sapiens” w zdjęciach: 












Informacje:

Autor: Becky Albertalli 
Tytuł polski: „Simon oraz inni Homo Sapiens” 
Tytuł oryginalny:
 „Simon vs The Homo Sapiens Agenda” 
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
 Rok wydania: 2016
 Cena z okładki: 36,90zł
 Gdzie można przeczytać: Książka jest dostępna w większości księgarni internetowych, zwykle po nieco niższej cenie niż ta z okładki. Dostępna w Empiku.
 Ponadto jeśli jesteś z Poznania, chętnie przekażę swój egzemplarz książki (raz przeczytany) pierwszej osobie, która do mnie napisze e-mail na adres: silminyel@onet.pl i będzie w stanie odebrać książkę osobiście z pętli Ogrody w Poznaniu. (nadal aktualne)



To jeszcze nie koniec…

 Na podstawie książki powstał film “Love, Simon”, którego premiera będzie miała miejsce 16 marca tego roku. Polski tytuł filmu to “Twój Simon”. Data już zapisana w moim kalendarzu, kiedy tylko film pojawi się w Polsce zdecydowanie muszę go zobaczyć. Oczywiście wrażeniami podzielę się na blogu. Poniżej zwiastuny filmu, na razie niestety tylko po angielsku.









środa, 27 lipca 2016

Doukyuusei - Koledzy z Klasy ( anime z polskimi napisami )

Cześć!

Ostatnio dosyć długo mnie nie było. Na przeprosiny przychodzę do Was z czymś specjalnym, w co włożyłam bardzo dużo pracy.  Dzisiejszy wpis będzie wyjątkowo krótki, ale myślę, że wynagrodzi Wam to pełen film na końcu wpisu zawierający polskie napisy, które dzielnie dla Was tłumaczyłam ostatnimi tygodniami.
Zapraszam.

Kilka słów o Doukyuusei:
Anime opowiada historię, dwóch licealistów, jak zapewne łatwo się domyślić, kolegów z klasy. „Kolegów” to nieco zbyt dużo powiedzianych, bo poza tym, że mają razem zajęcia, znają się z widzenia i z nazwiska to raczej należą do dwóch światów i nie wchodzą sobie w drogę. Rihito jest typowym klasowym kujonem. Spokojny, poukładany, grzeczny i obowiązkowy. Lubiany przez nauczycieli. Hikaru to totalny luzak, niespecjalnie zainteresowany szkołą czy przyszłością. Bardziej przejmuje go bycie „cool” po prostu. Nie zwracają na siebie uwagi dopóki przez przypadek nie spotykają się w pustej klasie i Hikaru nie pomaga Rihito w nauce piosenki do szkolnego festiwalu. Zaczyna się od luźnej rozmowy, która miała przerwać krępującą ciszę, kończy na propozycji wspólnej nauki, a dalej wszystko idzie lawinowo.
Próżno szukać w Doukyuusei jakichś specjalnie ekscytujących przewrotów, niespodzianek, szokujących sytuacji. Nie ma miłości od pierwszego wejrzenia jak w filmach. Bohaterowie w miarę spędzania ze sobą czasu powoli zaczynają się w sobie zakochiwać. Stają przed nimi zupełnie normalne problemy związane ze szkołą, z nauczycielami, z egzaminami i wyborem studiów. Rihito i Hikaru czasami się na siebie obrażają, czasami kłócą, czasem nie dogadują. Bywają o siebie zazdrośni, schodzą się i rozchodzą. Są tylko nastolatkami, w których buzują hormony. I właśnie o takich ich codziennych, nastoletnich problemach opowiada anime.

Kiedyś któryś z moich znajomych słusznie zauważył, że większość mang i anime opowiada o szkolnym życiu. Nie o nadzwyczajnych sprawach, a o szarej codzienności, którą większość z nas ma wokół siebie. Zastanawiał się, dlaczego ludzie coś takiego kupują i czytają. Wtedy nie miałam czasu się nad tym zastanowić, bo sytuacja miała miejsce na konwencie i mieliśmy mnóstwo ciekawszych rzeczy do zrobienia, więc przyznałam, ze to dziwne.
Teraz po chwili namysłu stwierdzam, że trochę to rozumiem. To, co jest takie proste i codzienne jest nam o wiele bliższe niż niestworzone, ekscytujące historie. Pokazuje jak ciekawe jest normalne, zwyczajne życie. Pozwala wczuć się w sytuację bohaterów, bo przecież każdy z nas mógłby być na ich miejscu. Pozwala też trochę spojrzeć na siebie samego z pewnej perspektywy. „Koledzy z klasy” to anime, które zdecydowanie na to wszystko pozwala, przy tym jest czasem zabawne, czasem trochę smutne, czasami przeurocze. Zupełnie jak życie. A przy tym wcale nie jest nudne.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, po co większość yaoistek ogląda yaoi i odpowiadam na niewypowiedziane pytanie – są sceny boys love, jest dużo romantycznych sytuacji, są naprawdę gorące, głębokie pocałunki i troszeczkę molestowania niewinnych kujonków, ale wszystko w granicach przyzwoitości. Określiłabym to anime jako odpowiednie od 14-15 lat.

Tłumaczenie zajęło sporo mojego czasu, wymagało sięgania po XIII wieczną japońską poezję, liczenia sylab, otwierania miliona słowników, wypraszania pomocy u innych i godzin marudzenia, że mi coś nie gra. Nie jest idealne, musicie mi wybaczyć, ale to mój pierwszy raz, kiedy coś tłumaczyłam, cieszę się, że w ogóle wystarczyło mi cierpliwości. Jednocześnie proszę o uszanowanie mojej pracy i nie kopiowanie i nie wrzucanie filmu z tymi napisami na inne strony/chomiki/publiczne dyski. Jeśli chcecie się tym filmem z kimś podzielić, po prostu wyślijcie link do filmu na moim blogu. J



sobota, 4 czerwca 2016

Red Wine in the Dark Night

Cześć!

Na wstępie przepraszam za nieobecność. Uczelnia mnie czasami pokonuje, poza tym miałam sporo spraw prywatnych na głowie, co weekend mi „coś wypada” (Konwenty przeważnie. Swoją drogą, ktoś się wybiera na wondercon?) i jakoś czasu na pisanie brak. Nie mam pewności jak będzie z wpisami w przyszłości, bo niestety szkołę trzeba skończyć, a na kolejne weekendy również mam sporo planów i czasu wolnego będzie mało.
Mogę Wam za to obiecać, że zbieram bardzo intensywnie materiał na kolejne wpisy i sporo mam jeszcze do powiedzenia :)
Dzisiaj, zgodnie z zapowiedzią film. Będzie trochę strasznie, bo będę bardzo kręcić nosem i bardzo krytykować. Bo film mi się nie podobał. Oczywiście fakt, że mi się nie podobał nie oznacza, ze jest zły, bądź niewart uwagi. Nie chcę też obrażać niczyich uczuć, więc jeśli ktoś go uwielbia, okej. To poniżej to po prostu moja osobista opinia.
Niebawem czeka mnie sesja egzaminacyjna, więc zapewne czasu nie będzie dużo. Później jednak na pewno napiszę Wam tu o czymś milutkim i ciekawym. Mam też w planach przetłumaczenie dla Was pewnego anime, którego jeszcze z polskimi napisami nie widziałam. Jeśli nikt mnie nie ubiegnie, będziecie pierwszymi, którzy je obejrzą z polskimi napisami. ;)

RED WINE IN THE DARK NIGHT





To nowy film, z 2015 roku. Tajski. Uwielbiam nowe, tajskie filmy, ponieważ zwykle są nagrane w naprawdę dobrej jakości, ostre, w dobrym oświetleniu, z dużym kontrastem. Takie najprzyjemniej mi się ogląda.
Zwróciłam na niego uwagę, ponieważ jedną z głównych ról gra Sripinta Pongsator, aktor, którego widziałam w paru innych filmach, którego naprawdę lubię. Jeśli chodzi o samą jego grę, tym razem również mnie nie zawiódł. Jak zwykle był uroczy, jak zwykle idealnie oddawał emocje towarzyszące bohaterowi i jak zwykle w jego uśmiechu można było się zakochać.
Zaintrygował mnie też fakt, że film miał dotyczyć romansu między człowiekiem a wampirem. Jestem całkiem mrocznym stworzeniem, więc mam słabość do wampirów. Niestety niewiele jest utworów które łączą moje zamiłowanie do mroku i do boys love, stąd byłam bardzo podekscytowana, że coś takiego się pojawiło.
Jak wyszło ostatecznie? Moim zdaniem film, który zapowiadał się całkiem dobrze skończył jako gejowska parodia zmierzchu. (Uprzedzając sugestie, tak, słyszałam o twinklight, ale tego recenzować nie zamierzam. Mimo wszystko wolę RWitDN jako lżejszą i zabawniejszą parodię) W sumie był na tyle kiepski, że jako parodia wypadł nawet całkiem zabawnie i nieźle. Szczególnie, że miał sporo wspólnego. Jedyny wampir pojawiający się w filmie jest „wegetarianem”, ma miękkie serce i woli cierpieć katusze niż zabijać ludzi. Zakochuje się w nim pewien kruchy i delikatny człowiek, który ma kilku innych adoratorów, lepszych od wampira, ale zamiast uciec gdzie pieprz rośnie i związać się z kimś kto go kocha na zabój, jest w stanie zapewnić mu byt, woli komplikować sobie życie, ryzykować i wiązać się z wampirem. Brzmi znajomo, prawda?
Zarys Fabuły:

Film opowiada o nastolatku imieniem Wine (w mojej interpretacji odpowiednik Belli), który jest w związku z chłopakiem o imieniu Tee. Jest w nim głęboko zakochany. Niestety Tee jest pod presją kolegów, nie chce się przyznać jawnie do bycia gejem, oznajmia, że tylko się Wine’m bawił i wcale mu na nim nie zależy. Zrywa z nim.
Wine jest szczęściarzem, ponieważ ma po swojej stronie kogoś takiego jak Boy. Boy jest biznesmanem zakochanym w Win’ie. Od dawna go wspiera na każdy możliwy sposób, robi wszystko by Wine zgodził się z nim być. Jest przystojny, bogaty, troskliwy. Niczego mu nie brakuje. (Trochę jak odpowiednik Jacoba ze zmierzchu). Gdyby Wine poświęcił mu troche więcej uwagi zamiast uganiać się za dziecinnym Tee, zapewne byliby razem szczęśliwi. Niestety Wine nie zwraca na niego większej uwagi (poza sytuacjami gdy czegoś od niego potrzebuje).
Kumple Tee postanawiają się zabawić kosztem naiwnego Wine’a i wmawiają mu, że Tee tak naprawdę go kocha, miał trochę problemów ze sobą, ale chce do niego wrócić. Poinformowali go, że Tee chce się z nim zobaczyć późnym wieczorem w ruinach opuszczonego wieżowca.
Nie bez powodu napisałam „naiwnego Wine’a”. Chłopak oczywiście przyjmuje to z entuzjazmem do wiadomości i pędzi na spotkanie z ukochanym nie zastanawiając się dlaczego zamiast zadzwonić wysłał on kolegów ani czemu chce się spotkać w tak dziwacznym miejscu.
Wine spędza noc w opuszczonym budynku czekając na Tee. Spotyka tam tajemniczego chłopaka, który jest absolutnie wycieńczony i błaga go o pomoc. Nieznajomy jest wygłodzony, słaby, nie wie jak się nazywa, kim jest, nic nie pamięta. Wine obiecuje mu pomóc, biegnie po jakieś jedzenie. Niestety okazuje się, że po zjedzeniu czegoś nieznajomy czuje się gorzej i wszystko mu szkodzi zamiast pomagać. Wine potyka się o coś w ciemności i rozbija sobie kolano, a wiedziony instynktem chłopak zaczyna zlizywać krew z jego nogi. W ten sposób wychodzi na jaw, że jest wampirem. (Przynajmniej dla widza. Bohaterowie dochodzą do wniosku, że skoro nie ma kłów to wampirem nie jest.)
Wine zaczyna opiekować się wampirem i karmić go swoją krwią. Kiedy ten zaczyna dochodzić do siebie, Wine wykorzystuje Boya do tego, by zdobyć mieszkanie. Okłamuje go, że ma problemy z rodzicami i musi się wynieść z domu, bo dłużej tego nie zniesie. Wspominałam, że Boy jest kochany i robi wszystko by zdobyć serce naszego bohatera?
Wine przyprowadza sobie do mieszkania Boya wampira. Nadaje mu na imię „Night” i proponuje by zostali parą.
Początkowo jest całkiem słodko i uroczo, problemem jest krew. Night nie chce pić krwi Wine’a. Boi się, że pewnego dnia go zabije wypijając ją do końca. Oczywiście polowanie na ludzi nie wchodzi w grę. Woli sam umrzeć niż kogoś skrzywdzić. Krew musi więc zdobywać Wine. Początkowo eksperymentuje ze zwierzęcą, ale ta również szkodzi Night’owi. Ostatecznie posuwa się do naprawdę makabrycznych rzeczy. Zwabia mężczyzn do opuszczonego budynku, oszołamia ich, więzi i upuszcza im krew by później karmić nią swojego chłopaka. Okłamuje go, że to krew zwierzęca.
Wine z jednej strony jest uroczym, niewinnym chłopcem, widzimy naprawdę pełne czułości sceny między nim, a Night’em, z drugiej jednak jest bezwzględnym oprawcą krzywdzącym innych. Przy tym nie przestaje być absolutnie naiwnym i zachowuje się czasami zupełnie głupio. Kojarzy mi się w takich chwilach z wspomnianą wcześniej Bellą ze zmierzchu, która niczego nie potrafiła porządnie sama zrobić, stale wpadała w tarapaty i ktoś musiał ją ratować.
Nie będę opisywać dalszej akcji, by nie zdradzać fabuły i nie zepsuć oglądania osobom, które zechcą film obejrzeć. Nietrudno się jednak domyślić, że jeśli ktoś tak naiwny i głupi łapie się za zbrodnię, to nie może skończyć się dobrze i ujść mu płazem.

Obsada:
Wine - Sripinta Pongsatorn 

Night - Fuhrer Steven 


Boy - Kisthachapon Tananara











Tee - Nontapat Intarasuan












Dlaczego warto obejrzeć Red Wine in the Dark Night?
Właściwie filmu nie uznałabym za specjalnie wartościowy. Niewiele się z niego nauczymy. Być może tego jak nie popełniać zbrodni, tego, że jeśli się z kimś umawiamy to lepiej bezpośrednio, a nie przez kogoś, oraz, że nie wszystko co jest robione w imię miłości jest dobre. Czasami miłość bywa okropna, egoistyczna i krzywdząca i nie ma w niej niczego dobrego.
Właściwie film polecałabym osobom, które chcą po prostu popatrzeć na przystojnych chłopców, odstresować się, potrafią podejść do filmu z dystansem. Dystans jest tu jak najbardziej wskazany. Podkreślę to jeszcze raz – film mi się nie podobał, ale nie żałuję, że go oglądałam. Mimo wszystko miło było popatrzeć na przystojnych aktorów, a ostatecznie stwierdziłam, że całość jest całkiem zabawna. Mnie bawiła.
Warto obejrzeć dla samych aktorów, którzy pomimo kiepskiej fabuły dobrze się spisali.

To, co Tygryski lubią najbardziej…

Film zdecydowanie z ratingiem 18+. Oczywiście nie jest to porno, ale scen łóżkowych jest całkiem dużo, niektóre pokazane całkiem blisko. Ogółem jest sporo bliskości, więc być może dla niektórych to będzie jeszcze jeden powód, dla którego warto film obejrzeć. ;) (Już ja dobrze wiem, co Wam siedzi w głowie, nie wypierajcie się :P )
Film dla osób pełnoletnich, nie polecam oglądania na głośnikach, przy młodszym rodzeństwie itp.

Red Wine in the Dark Night w zdjęciach:










Oficjalny Trailer:


Dane techniczne i linki:

Reżyser: Tanwarin Sukkhapisit
Kraj: Tajlandia
Premiera: 23.07.2015
Oficjalny fanpage: https://www.facebook.com/redwineinthedarknightmovie


Gdzie obejrzeć?
(dostępność: 04.06.2016)

Wersja CAM z angielskimi napisami:
http://video.anyfiles.pl/Czerwone-Wino-w-Ciemn%C4%85-Noc-thai-boys-love-movie/Kino-i-TV/video/168443
Obecnie po internecie krążą wersje dvd, ale tylko z tajskimi napisami. Kiedy znajdę lepszą wersję, dodam nowy link.



czwartek, 14 kwietnia 2016

Wyniki Rozdania

Cześć!
Jakiś czas temu ogłosiłam na blogu i fanpage'u konkurs, w którym można było wygrać recenzowaną przeze mnie niedawno książkę "Inne Zasady Lata"
Termin zgłoszeń upłynął wczoraj, dziś pora na wyniki.

Zgłosiło się 7 osób. Od początku nad wynikami konkursu czuwała bardzo kompetentna i bezstronna panda, która kontrolowała, by losowanie było uczciwe :)
Osobiście wylosowała szczęśliwca...

...którym jest...

Gratulujemy i prosimy o przesłanie adresu do wysyłki na maila silminyel@onet.pl
Osoby, którym się nie udało pocieszamy, że to na pewno nie ostatni konkurs na blogu z książką do wygrania, więc szans zapewne będzie jeszcze sporo.

Ostatnio mam sporo nauki, dlatego nieco opóźnia się dodanie nowego wpisu. Postaram się jednak zrobić wszystko, by napisać i dodać go już w ten weekend.
Do usłyszenia niebawem!